• alles.jpg
  • colorex.jpg
  • familia.jpg
  • goodcar.jpg
  • gs.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lyko.jpg
  • ochrona.jpg
  • parkiet.jpg
  • rasterek.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • serwis.jpg
  • wwm.jpg
  • zlom.jpg

Reklama

  • bistro.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kruk.jpg
  • mirex.jpg
  • mlodzi_duchem.jpg
  • pralnia.jpg
  • weterynarz.jpg

gkucharskaZakładam, chyba słusznie, że, poza osobami pracującymi w gastronomii, niewiele osób widziało trzykilogramową puszkę z ananasem w lekkim syropie. Ja do czwartku przed Wigilią nie widziałam również. Za to we wspomniany czwartek poznałam taką puszkę o wiele dokładniej, niż chciałabym ją poznać. Było tak: Po spotkaniu wigilijnym w Stowarzyszeniu Siemacha, w którym działa mój syn, jedno z dzieci, ciesząc się darem w postaci trzykilogramowej puszki ananasa, nie zapanowało nad jednoczesnym cieszeniem się, ubieraniem kurtki i trzymaniem tej mega puchy pod pachą. A że z żadnej z tych czynności zrezygnować nie chciało, wiadomo było, że nad którąś nie zapanuje. Padło na puszkę. A dokładniej padło, a raczej upadło na moją stopę, bo stałam obok. Boże mój!!! Jaki to był ból! Słodki nabój wylądował na najmniejszym palcu mojej prawej stopy, a ja wydałam z siebie w kierunku nieszczęsnego chłopaczka potworny jęk: „Jezus, Mario! Coś ty zrobił!” (przy czym przyznam, że do tej pory jestem z siebie niesamowicie dumna, bo w duszy zawyłam wszystkimi ohydnymi słowami, jakie mi tylko przyszły do głowy, a na zewnątrz żadne ordynarne słowo z moich ust nie wyszło). Młodzieniec oczywiście przeprosił, ale to jakoś nie zmniejszyło mojego bólu, który z minuty na minutę był coraz silniejszy. Decyzja o wizycie na SOR-ze wydawała się oczywistą. Udaliśmy się więc z mężem i synem na SOR. Tam dostałam zielone światło, co oznacza, że lekarz ma obowiązek przyjąć pacjenta w ciągu 240 minut. Zaczęliśmy czekanie. Czekamy, czekamy, czekamy… Do gabinetu wchodzą i wychodzą pacjenci, którzy byli przede mną i każdy z nich mówi „Nic mi nie jest”. To jest bardzo ciekawe zjawisko, gdy na korytarzu ktoś zwija się z bólu, wchodzi do gabinetu, po chwili z niego wychodzi i z miną, która jest apoteozą zdumienia, oznajmia „Nic mi nie jest”. A tak w ogóle to w trakcie takiego czekania zawiązują się bardzo ciekawe relacje pomiędzy zupełnie obcymi ludźmi. Atmosfera staje się niemalże familiarna. Do czasu! Do czasu, w którym wśród oczekujących pojawił się potwornie zakrwawiony na twarzy nietrzeźwy młody mężczyzna, dość potężnej, przyznam, budowy. Nie wiedzieć czemu, ale przeszkadzało mu to, że sobie ludzie na tym korytarzu rozmawiają. Jął nas usilnie uciszać. No dobra, nazwę rzecz po imieniu – on nas po prostu zaczął terroryzować! Współcześni mężczyźni – wytwór swoich czasów, grzecznie opuścili głowy i zamilkli. A mój mąż – nie znałam go od tej strony – wstał (pijany domorosły terrorysta również wstał, ale mąż wyjaśnił mu, jakże kłamliwie, że idzie do toalety) i poszedł po ochronę. I tu zaczęło być zabawnie, bo okazało się, że szpital nie ma ochrony. Ma portiera. W tym dniu był to starszy mężczyzna drobnej budowy, który stwierdził, że nie będzie wzywać policji, bo agresywny pacjent na pewno się uspokoi, a zresztą on nic nie widział. (Monitoring oczywiście jest, ale bez fonii, tak więc pogróżki agresywnego pacjenta umknęły uwadze portiera). W korytarzu zaległa ciężka cisza. W międzyczasie lekarz poprosił mnie do gabinetu, a następnie zlecił wykonanie zdjęcia RTG. Syn na wózku zawiózł mnie do pracowni, a ja mało nie spadłam z tego wózka, gdy usłyszałam wygłoszony przez pana agresora tekst „Ja to bym panią na rękach zaniósł.” Nie skorzystałam. Wykonałam zdjęcie, wróciłam do gabinetu, a tam lekarz orzekł, że to silne stłuczenie i wykluczył złamanie. Odetchnęłam z ulgą i wróciliśmy do domu. Noga spuchnięta, butów nie założę, ból okropny – wszystko to złożyło się na fakt, że na Wigilii Jurajskiej zadawałam szyku jedną nogą obutą, a drugą odzianą w ciepłą skarpetę. Z reniferem! Przygotowania świąteczne, Wigilia i same Święta upłynęły mi w aurze bólu i ograniczonej ruchliwości. Palec przestał co prawda być fioletowy, ale ból jak był, tak był, chodzenie jak bolało, tak bolało, a butów jak się nie dało założyć, tak się nie dało. Zaufanie do lekarza z SOR-u odeszło w niebyt, więc poszłam do ortopedy w przychodni. Ten oczywiście zlecił wykonanie zdjęcia RTG. Diagnoza – ewidentne złamanie palca. Czyli moja wizyta na SOR-ze miała walor li i jedynie poznawczy.

P.S. Mój najstarszy syn dwa razy w życiu miał złamaną rękę. W obu tych przypadkach lekarz z SOR-u wykluczył złamanie, a lekarz w przychodni zapakował go do gipsu.

Gabriela Kucharska

ena.jpg