• alles.jpg
  • auto kochanow.jpg
  • drbike.jpg
  • familia.jpg
  • geodezja.jpg
  • gs.jpg
  • juszczak.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lisak.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • praca.jpg
  • rasterek.jpg
  • rowery.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • skot.jpg
  • swiba.jpg
  • timefor.jpg
  • wwm.jpg
  • zamkowa.jpg
  • zielinski.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • bistro.jpg
  • edukator.jpg
  • gawin.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kaes.jpg
  • kruk.jpg
  • melba.jpg
  • mirex.jpg
  • nettrading.jpg
  • rrreklama.jpg
  • weterynarz.jpg
  • work.jpg

Jestem dzieckiem miasta. I to dużego miasta. Całe życie mieszkałam w Krakowie i tak naprawdę, po blisko ośmiu latach mieszkania w Rudawie, mogę powiedzieć szczerze, że dopiero uczę się życia na wsi. Coraz lepiej mi to idzie, ale sądzę, że miejski sposób myślenia pozostanie we mnie już na zawsze. On po prostu jest moją naturą.

A w czym to się objawia?
A w tym, na przykład, że mam głęboki wewnętrzny przymus ratowania każdego żywego stworzenia, któremu dzieje się krzywda. Czasami sama z siebie się śmieję z tego powodu. Bo to jest śmieszne!
Na przykład:
Nie lubię kotów. No, nie lubię – wolno mi!
I co z tego, że nie lubię, jeżeli przyplątała się do mnie trzy lata temu kotka
i miała fantazję w moim przyziemiu urodzić trójkę maluchów. Co zrobiła autorka nie lubiąca kotów? Kupowała wątróbkę drobiową dla karmiącej matki i poiła ją mlekiem, bo to przecież matka. Kocica odpłaciła mi się ogromną łownością, i kiedy rok później umarła przy kolejnym porodzie rzetelnie jąopłakałam (miasto!)
Co zrobiłam, kiedy przez nieuwagę moich dzieci (nie zamknęły drzwi do domu) na schodach wejściowych do domu kopciuszek (to takie małe szare ptaszki z rudymi ogonkami) założył sobie gniazdko i złożył w nim jajka? Przez całe lato nie zamykaliśmy drzwi do domu, „bo kopciuszki”. (Rok później założył je ponownie i ponownie przeżyliśmy „lato przy otwartych drzwiach”.)

Co zrobiłam, kiedy 1,5 roku temu przyplątał się do mnie bardzo chory kociak (a był to przełom października i listopada)? Kupowałam wątróbkę, bo przecież on zginie i zamarznie bez nas. A kiedy kociak na wiosnę okazał się być kotką i powił cztery piękne maluchy, wydawałam niemałe pieniądze na lekarza, by te kociaki leczył (niestety, przyszły na świat z chorobą przekazaną im przez – pozornie już wyleczoną -  mamę), znalazłam im dobre domy, a na koniec wysterylizowałam kotkę, bo tak trzeba (w Krakowie są akcje, w czasie których można kota wysterylizować za darmo, u nas nie ma, więc i kosztowało mnie to tyle, ile kosztowało).

Kocia, która – być może na zasadach wdzięczności – pokochała mnie bardzo (w ogóle to ma charakter psa i przychodzi na wołanie i gwizdanie), a miłość swą udowadnia łownością. Jest to w przypadku kota na wsi wielka zaleta, co do tego nie mam wątpliwości.
Odkąd jest Kocia, skończyły się problemy z myszami w domu (notoryczne, dodam) i jestem jej za to wdzięczna, ale z drugiej strony, kiedy widzę, że
w sadzie – posłuszna swojej naturze – łowi myszy i zwyczajnie się nimi bawi, to gdy tylko myszka jest żywa, zabieram ją Koci i wyrzucam daleko w trawę. Niech sobie pożyje maleństwo.
Porażająca konsekwencja, ale to odzywa się miasto we mnie.

Wczoraj zobaczyłam wypadłą z gniazda młodziutką sikorkę. W sytuacji deszczu, ulewy, burzy, strasznie mi jej żal było, bo pewnie biedactwo rodzice wyrzucili i nie dożyje jutra. Jakaż była moja radość, gdy dziś znalazłam ją żywą, a w dodatku z rodzeństwem, w piaskownicy moich dzieci.

Chętnie włożyłabym je z powrotem do dziupli, bo przecież jak nic Kocia je upoluje, ale z drugiej strony nie wiem, czy powinnam. Bo na przykład sowy celowo wyrzucają swoje maluchy z gniazd, a wieczoram zabierają je z powrotem. Małe sówki mają się po prostu nauczyć życia. Nie wiem, czy sikorki nie postępują podobnie. Te dwa malce po ulewnej nocy, po której na podwórku stoi woda do kostek, są w dziwnie świetnej formie – nie są zmoknięte, nie są zmarznięte...
A ten Kraków woła we mnie: RATUJ! To są żywe stworzenia!
Kiedyś się nauczę.

Gabriela Kucharska

 

 

 

tomar.jpg