• alles.jpg
  • auto kochanow.jpg
  • drbike.jpg
  • familia.jpg
  • geodezja.jpg
  • gs.jpg
  • juszczak.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lisak.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • praca.jpg
  • rasterek.jpg
  • rowery.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • skot.jpg
  • swiba.jpg
  • timefor.jpg
  • wwm.jpg
  • zamkowa.jpg
  • zielinski.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • bistro.jpg
  • edukator.jpg
  • gawin.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kaes.jpg
  • kruk.jpg
  • melba.jpg
  • mirex.jpg
  • nettrading.jpg
  • rrreklama.jpg
  • weterynarz.jpg
  • work.jpg

 

 

 

Spojrzałam na biurko i mój wzrok zatrzymał się na pieniądzach czekających tam na wyjście na zakupy. Pieniądze nigdy mnie nie lubiły. I w dalszym ciągu mnie nie lubią. No, może od września do lutego nie lubią mnie bardziej (najpierw początek roku szkolnego, a potem zima i zakup węgla), ale i później ich sympatia do mnie pozostawia wiele do życzenia. I nie wiem, czemu tak jest, bo mój stosunek do nich jest dosyć poprawny -szanuję je, ale się za nimi nie zabijam (kobiecie w ogóle nie wypada zabijać się za kimkolwiek i czymkolwiek. Po prostu nie uchodzi). Może to jakieś fatum? Nie wiem... Ale przypomniało mi się pewne zdarzenie. Kiedy mój pierworodny syn był jeszcze mocno niedorosłym człowiekiem (właśnie zaczął chodzić do przedszkola, więc pewnie miał trzy lata), zdarzył nam się cud finansowy. Mianowicie pracodawca ponaglony wyrokiem sądu pracy wypłacił mi zaległe pobory za pół roku. Bez odsetek. O te walczyłam oddzielnie. W sumie to była spora kupka pieniędzy. Ucieszyliśmy się ogromnie i położyli kupkę na najwyższej półce z książkami - naprawdę wysoko. Pech w tym, że właśnie wtedy nasz syn postanowił po raz pierwszy z życiu wykazać się samodzielnością, zaradnością i męską krzepą. Wylazł był mianowicie na biurko, stanął na palcach, sięgnął po gotówkę, w drugą dłoń złapał nożyczki i ... zrobił z pieniędzy układankę. Z dość drobnych fragmentów. Kiedy weszłam do kuchni, o mało nie dostałam zawału. Ojciec zaradnego młodzieńca też go nie dostał. Ale myślę, że niewiele nam brakowało! Dwudziestek nie dało się uratować. Stuzłotówki posklejałam taśmą klejącą (te ucierpiały na szczęście najmniej) i w zaprzyjaźnionym sklepie wymieniłam na całe. Dziecię przerażone usłyszaną reprymendą więcej po pieniądze nie sięgało. Swoją drogą nie miało też szansy, bo tatuś przerażony wyczynem syna, zapakował pieniądze do woreczka i ukrył w kubku na najwyższej półce lodówki. I to stało się naszym wieloletnim sposobem na przechowywanie „grubszej kasy”. Kiedy zakładaliśmy centralne ogrzewanie w domu, pieniądze dla wykonawcy też czekały w woreczku w lodówce. Więc jak to jest z tymi pieniędzmi? Trochę się ich boję, ale tak naprawdę to mój stosunek do nich jest taki jak do kogoś, kogo się dosyć lubi, ale kogo widuje się zdecydowanie za rzadko. A one po prostu za mną nie tęsknią.


Gabriela Kucharska

 

 

 

smog.jpg