• alles.jpg
  • artgo.jpg
  • bhp oskar.jpg
  • colorex.jpg
  • familia.jpg
  • gs.jpg
  • juszczak.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lisak.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • parkiet.jpg
  • praca.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • wwm.jpg

Reklama

  • bistro.jpg
  • edukator.jpg
  • gawin.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kaes.jpg
  • kruk.jpg
  • melba.jpg
  • mirex.jpg
  • multiagent.jpg
  • pralnia.jpg
  • rrreklama.jpg
  • szumiec.jpg
  • weterynarz.jpg

Tym razem nie będzie o smogu. Nie, nie, nie! Mam serdecznie dość smogu. A szczególnie mam go dość, gdy wracam wieczorem z pociągu lub z treningu. Wiem oczywiście, że powietrze w Rudawie nie jest niedobre; wystarczy je dokładnie pogryźć (zwłaszcza wieczorem). Ale, jak wspomniałam wyżej, o smogu tym razem nie będzie. Będzie o dzieciach i dzieciństwie. Kiedy patrzę na moje dzieci i ich rówieśników, to, szczerze mówiąc, trochę im współczuję. To pokolenie jest biedne. Co gorsza jest takie z naszej, rodziców, winy. Dlaczego? Chyba dlatego, że naturalną koleją rzeczy jest to, że każdy rodzic chce, by jego dziecko miało lepiej, niż miał on sam w dzieciństwie. Na przykład: chciałem/chciałam chodzić na angielski, ale moich rodziców nie było na to stać. Ale mnie stać! Więc zapiszę dziecko i stworzę mu szansę na świetlaną przyszłość. Zawsze chciałem/chciałam chodzić na konie, ale moich rodziców nie było na to stać, a poza tym w okolicy nie było żadnej stadniny. Ale teraz już jest, a mnie na to stać. Więc zapiszę dziecko, niech chodzi. Chciałem/chciałam chodzić do szkoły muzycznej, ale rodziców nie było stać na kupno pianina (ewentualnie mama powiedziała, że nie zniesie piłowania dzień w dzień na skrzypcach). Mnie stać na zakup pianina, a piłowanie na skrzypcach zniosę dla dobra mojego dziecka, więc je do tej szkoły muzycznej zapiszę. I dopilnuję, psia mać, żeby ją skończyło! To samo z baletem, rytmiką, sztukami walki, zajęciami programowania i wszystkim, co tylko można sobie wymyślić. Dlaczego? Dlatego, że kocham moje dziecko. I będę je wozić z miejsca na miejsce (inaczej nie byłoby w stanie zdążyć), ale robię to dla jego dobra! Proszę mnie źle nie zrozumieć. Ja naprawdę uważam, że znajomość angielskiego (im lepsza, tym lepiej), kontakt z koniem (w ogóle uprawianie jakiegokolwiek sportu), nauka gry na instrumencie, sztuki walki, czy umiejętność programowania nie są złe. Ba! Są dobre. Angielski – wiadomo; bez znajomości tego języka nie dostanie się pracy nawet w Mc’Donaldzie, że o udziale w Erasmusie na studiach nawet nie wspomnę. Konie to kontakt z żywym stworzeniem, nauka empatii, pracowitości (konia trzeba oporządzić) i systematyczności, a poza tym to przebywanie na świeżym powietrzu z dala od komputera. Szkoła muzyczna daje uwrażliwienie na kulturę, sztukę i uczy systematyczności i ciężkiej pracy. Sztuki walki to nauka panowania nad sobą i szeroko rozumiana praca zarówno nad ciałem, jak i duchem. Nauka programowania w końcu to nauka logicznego myślenia. Mogłabym tak jeszcze rozprawić się z baletem, rytmiką, zespołem tańca i innymi zajęciami, tylko po co? Dając naszym dzieciom szanse, których sami nie mieliśmy, jednocześnie zabieramy im dzieciństwo. Naprawdę. Zawożąc je pod drzwi szkoły, a potem kolejnych zajęć pozaszkolnych, powodujemy to, że robimy z nich istoty niesamodzielne. Pozbawiając ich – w dobrej wierze – kontaktu z rówieśnikami (bądź fundując im za ciężkie pieniądze kontakt z rówieśnikami mocno zafokusowany na konkretne działania, a co za tym idzie, już od najmłodszych lat wtłaczając je w wyścig szczurów), robimy z nich kaleki społeczne i egotyków, którzy poza sobą i swoim dobrem nie potrafią dostrzec innych. Przy czym na dobrą sprawę nawet nie potrafią dobrze określić tego, co rzeczywiście jest dla nich dobre, a co tylko wygodne bądź dobre doraźnie. Być może desperuję, może to wcale nie jest tak. Może. Ale mnie jednak przeraża, że nauczyciel nie ma żadnych środków dyscyplinujących niesfornego, czy wręcz wrednego, ucznia. Przeraża mnie, że w obawie przed koniecznością kontaktowania się z rodzicami, z wielu działań dla dzieci się rezygnuje, bo rodzice są przerażająco roszczeniowi i nieskorzy do współpracy, a wszelkie uwagi traktują jako napaść na swoje „święte” dzieci, o których w skrytości ducha wiedzą, że wcale świętymi nie są. Przeraża mnie , że dzieci nie przyjmują do wiadomości faktu, że rodziców na pewne rzeczy zwyczajnie nie stać – bądź finansowo, bądź emocjonalnie. Zasmuca mnie głęboko fakt, że w tramwaju pełnym młodych ludzi to raczej ktoś dorosły ustąpi miejsca osobie starszej, niż młody człowiek (choć bywa różnie i nie można ich wszystkich wrzucić do jednego worka). Co mnie nie przeraża? To, że osiemnastolatkowie czują się bardzo dorośli – tak było przecież zawsze. My biegaliśmy z kluczem na szyi, a nauczycielom nie podskakiwaliśmy, bo w domu czekało nas za to manto. Odczuwaliśmy braki i mieliśmy marzenia (oni też mają, ale inne). Z powodu zawiedzionych miłości rozpaczaliśmy tak samo jak oni, ale chyba mieliśmy twardsze tyłki. Czy „oni”, nasze dzieci, są pokoleniem straconym? I myśl absolutnie przerażająca – jak „oni” wychowają swoje dzieci? Świecie! Dokąd zmierzasz! Dokąd cię prowadzimy…

Gabriela Kucharska

lidl.jpg