• alex.jpg
  • alles.jpg
  • alux.jpg
  • baks.jpg
  • cukiernia.jpg
  • enmax.jpg
  • familia.jpg
  • gasior.jpg
  • gs.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • mosur.jpg
  • pinus.jpg
  • praca.jpg
  • quad.jpg
  • romantica.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • serwis.jpg
  • sklad_blc.jpg
  • skotcar.jpg
  • swiba.jpg
  • tapicerstwo.jpg
  • wwm.jpg
  • zamkowa.jpg
  • zielinski.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • an.jpg
  • bistro.jpg
  • dogoterapia.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kaes.jpg
  • krakmeb.jpg
  • kruk.jpg
  • manufaktura.jpg
  • mirex.jpg
  • mojsen.jpg
  • multiagent.jpg
  • nettrading.jpg
  • rrreklama.jpg
  • srebrne.jpg
  • szumiec.jpg
  • wegiel.jpg
  • weterynarz.jpg
  • woodkrak.jpg

Tytuł tego tekstu jest nazwą pewnej grupy na Facebooku. Oprócz tego jest niegłupim przepisem na uniknięcie spędzenia życia z kimś, z kim nie będzie o czym pogadać, gdy skończą się tematy związane z utrzymaniem domu, dziećmi, ich szkołami, pracą, namolnymi szefami itd. I wiem oczywiście, że te tematy nigdy się nie kończą. Ale gdyby? Ja czytam. Zawsze sporo czytałam. W okresie, gdy byłam nastolatką, zdobycie książek nie było łatwe, a na taką encyklopedię i co atrakcyjniejsze słowniki na przykład robiło się subskrypcje i przedpłaty. Takie czasy były. W latach dziewięćdziesiątych XX w. zalała nas rzeka czytelniczego chłamu, a potem to się wyrównało. Wyrównało w tym sensie, że wiadomo, jaki jest profil poszczególnych wydawnictw i czego się po ich ofercie spodziewać. I to jest niezłe. Bo nie będę w ofercie Krytyki Politycznej na przykład czy wydawnictwa Prószyński i ska szukać reportaży. A w ofercie wydawnictwa Czarne poezji czy kryminałów. Czasem trafi się oczywiście coś, co w ofercie danej oficyny wydaje się zaskakujące, ale to dość rzadkie przypadki. Generalnie czasy teraz zrobiły się łaskawe dla zapalonych czytelników, bo zasadniczo kupić da się wszystko (pytanie, czy wszystko warto). Większym problemem niż dostępność słowa pisanego staje się świadomy wybór. Śledzenie na bieżąco nowości wydawniczych jest zajęciem księgarzy, co ambitniejszych bibliotekarzy czy działów literackich w gazetach. Zwykły śmiertelnik zdaje się raczej na recenzje (a to jakimi prawami rządzi się to, że dana książka w danej gazecie będzie recenzowana, a inna nie, to już zupełnie inny mechanizm). Jest jednak takie wielkie święto w Krakowie, na które każdy zapalony czytelnik czeka cierpliwie cały rok. To Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Dziesiątki tysięcy odwiedzających, setki wystawców, spotkania z autorami, warsztaty, etc. Dużo, dużo się wtedy dzieje w EXPO na Galicyjskiej. Ja Targów nie opuszczam z zasady, ale po kilkukrotnym przykrym doświadczeniu kompletnego spłukania finansowego na książki, przyjęłam zasadę, że w danym roku na targach nie wydaję więcej niż… no, określoną kwotę. Choćby nie wiem, jaka okazja się zdarzyła. Co prawda, jak wiadomo, okazje mają to do siebie, że nie trafiają się dwa razy, ale zasada ta nie dotyczy sytuacji targowych. W końcu przez internet da się kupić prawie wszystko, a odrobina cierpliwości przy polowaniu na promocje zazwyczaj się opłaca. No i jeszcze jedno. Z Targów można przywlec do domu nieprawdopodobną ilość gratisowych zakładek do książek (ja akurat używam). I objeść się gratisowymi krówkami, choć tych w czasie ostatnich Targów było nieprzyzwoicie wręcz mało. Dawniej krówki były na co drugim stoisku, teraz zdarzają się na nielicznych. Drastyczne obniżenie poziomu wystawców. I nieprzyzwoitość!. W tym roku, będąc uczestniczką tego wielkiego święta czytelniczego, narzuciłam sobie dwojakie ograniczenia, po pierwsze finansowe, a po drugie ilościowe, to po tym, jak jakiś czas temu mąż zwrócił mi uwagę, że powinnam przystopować z kupowaniem książek nawet nie z powodu ich ceny (no cóż, książki są drogie), ale z powodu tego, że kolejny regał na książki w naszym domu już się zwyczajnie nie zmieści. Z bólem przyznałam mu rację. Efektem tego był zakup dwóch zaledwie książek, rewelacyjnej cegły Magdaleny Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój” oraz nowości wydawniczej o tematyce politycznej dla mojego męża. I tu od razu anegdota. Otóż jak wiadomo poglądy polityczne bywają różne. Moje i mojego męża są nawet bardzo różne. Ale przecież, do diaska, nie będę mu ani poglądów ani tym bardziej gustów czytelniczych kształtować; na to już za późno. Tak więc kupiłam mu to polityczne coś i czym prędzej schowałam do torby (na wypadek, gdyby mnie miał ktoś znajomy spotkać). Po czym zobaczyłam stoisko, na którym pani przybijała na kupionych książkach urocze pieczątki z exlibrisami. Był też taki z mocno upartym kotem; fikuśny taki. Mój mąż bardzo lubi, może nawet kocha, naszą kotkę, więc stwierdziłam, że dam mu tę książkę z kocim exlibrisem. Wyjęłam ją z torby, poprosiłam panią o przybicie pieczątki, po czym zaczęłam się tłumaczyć jak dziecko, że to dla męża, nie dla mnie, że to zupełnie nie moje poglądy polityczne, że to, że tamto… A moja siostra stała obok i zwijała się ze śmiechu.

Gabriela Kucharska

airport.jpg