• alles.jpg
  • auto kochanow.jpg
  • drbike.jpg
  • familia.jpg
  • geodezja.jpg
  • gs.jpg
  • juszczak.jpg
  • kozbial.jpg
  • kubaty.jpg
  • lisak.jpg
  • lyko.jpg
  • marcisz.jpg
  • praca.jpg
  • rasterek.jpg
  • rowery.jpg
  • salazabaw.jpg
  • serczyk.jpg
  • skot.jpg
  • swiba.jpg
  • timefor.jpg
  • wwm.jpg
  • zamkowa.jpg
  • zielinski.jpg
  • zulla.jpg

Reklama

  • bistro.jpg
  • edukator.jpg
  • gawin.jpg
  • geo.jpg
  • grafixdruk.jpg
  • kaes.jpg
  • kruk.jpg
  • melba.jpg
  • mirex.jpg
  • nettrading.jpg
  • rrreklama.jpg
  • weterynarz.jpg
  • work.jpg

Kiedyś jako studentka w czasie wakacji pracowałam w wytwórni makaronu. Od razu dodam, że była to mała wytwórnia, i że pracowałam tam tylko na nocną zmianę, która jakoś nie cieszyła się dużym zainteresowaniem stałych pracownic. Dla mnie była w porządku; nie miałam rodziny, miałam stosunkowo niewielką potrzebę snu, a po obudzeniu mogłam jeszcze całkiem nieźle pożyć tzw. wakacyjnym życiem studenckim. Warto też dodać, że oczywiście pracowałam tam na czarno, a co za tym idzie, nie był to zwykły system nocny, czyli noc – dzień wolny, e.t.c.; pracowałam każdej nocy po osiem godzin od 22.00 do 6.00, w dzień spałam i żyłam, a następnej nocy znów szłam robić makaron, suszyć go w wielkim piecu i pakować do woreczków. Praca niewymagająca wielkiego wysiłku, acz nużąca i straszliwie niszcząca dłonie. Po całej nocy pakowania makaronu typu nitki dłonie miałam kompletnie pocięte do krwi. Oczywiście pracodawca nie pozwalał (sic!) używać rękawiczek.

Żeby w pełni oddać klimat mojej ówczesnej pracy, muszę dodać jeszcze jedno. Mianowicie panie pracujące w dzień pracowały na zmianie we dwie, ja w nocy byłam sama. Najpierw się nieco bałam, potem strach minął, za to znalazłam dużą przyjemność w oglądaniu sarenek, które przychodziły pod uchylone (choć zamknięte na kratę) drzwi.

Do rzeczy!

Miałam sobie te dwadzieścia czy dwadzieścia jeden lat i co za tym idzie byłam ambitna i potwornie naiwna (obie te cechy zostały mi do dziś niestety). W nocy człowiek – każdy! – walczy z sennością, a w dodatku, gdy jest całkiem sam, potwornie się nudzi i nie ma do kogo ust otworzyć. Ergo: pracuje, bo w przeciwnym razie niechybnie by zasnął. Więc pracowałam; obsługiwałam maszynę, piec i przy użyciu wagi szalkowej (!) pakowałam ten nieszczęsny makaron. Rano przyjeżdżał pracodawca, liczył ile paczek wyszło w nocy spod mojej ręki, zapisywał w zeszycie i jechał do domu. Ja też.

Wydawało się, że wszystko jest w porządku. Nic bardziej mylnego! Okazało się, że nie jest! I to bardzo. Mianowicie po podliczeniu miesiąca tej mojej nocnej zmiany, czarno na białym było widać, że jedna osoba (czyli ja) w ciągu ośmiu godzin pracy w nocy robi zdecydowanie więcej, niż dwie kobiety na zmianie dziennej. Pracodawca był zadowolony, kobiety, które widziałam na oczy raz, kiedy uczyły mnie obsługi maszyny i pieca, mniej. Do tego stopnia mniej, że po dwóch miesiącach pracy podziękowano mi za nią grzecznie. Oczywiście wykorzystałam miesiąc luzu, który mi pozostał do początku roku akademickiego najlepiej jak się dało, wzięłam plecak i gotówkę i ruszyłam w góry. Nie martwiła mnie ta cała sytuacja, ale jednak zastanawiała. Dopiero w górach, chodząc samotnie gdzieś tam po grani Karkonoszy zrozumiałam swoją głupotę. Owszem, pracowałam w nocy wydajnie, bo w przeciwnym razie po prostu bym zasnęła. Ale tym samym pokazałam temu nieuczciwemu zresztą pracodawcy, że norma wyrabiana dotychczas przez jego pracownice jest normą pracy relaksacyjnej, która uwzględnia plotki, liczne przerwy na kawę, wyjścia na zakupy, e.t.c. Za głupotę się płaci.

W zasadzie ta cała sytuacja wyglądała tak: facet oszukiwał na podatkach i zatrudniał ludzi na czarno, ergo; kłamał. Płacił byle jak i dostawał za to byle jaką pracę. Wszyscy byli zadowoleni, zaś ja w swojej naiwności, a przede wszystkim niewiedzy, naruszyłam tę słodką homeostazę. OK. Tylko to był prywatny przedsiębiorca i jego prywatne pieniądze.

Natomiast do dzisiaj niepomiernie denerwują mnie sytuacje, gdy np. lekarka, która ma kontrakt z NFZ (czyli to MY jej płacimy za pracę), mówi, że nie przyjmie chorego dziecka, bo ona też jest chora i nikt się nad nią nie rozczula, kiedy nauczyciel, którego pensja płacona jest z naszych podatków, jest byle jaki i manipuluje, bo taki ma sposób na życie, kiedy policjant – również utrzymywany z naszych podatków – mówi, żeby nawet nie zgłaszać kradzieży portfela, bo on, co prawda, zgłoszenie przyjmie, ale nikt przecież nie będzie nic z tym robił, bo sprawcy i tak się nie wykryje, czy kiedy miejski konserwator zabytków pozwala na swobodną przebudowę budynku wpisanego do rejestru zabytków łącznie ze zmianą jego bryły zewnętrznej (willa Amona Goetha). Denerwuje mnie to, bo: po pierwsze: pensje tych ludzi są płacone z naszych (moich też) podatków, po drugie: bylejakość jest dla mnie cechą nie do przyjącia (pewnie dlatego, że sama mam skłonność do perfekcjonizmu i jeżeli już coś robię, to robię to najlepiej jak potrafię), po trzecie: organicznie nie znoszę kłamstwa, a po czwarte: kilkoro ludzi, których cechą jest bylejakość i mijanie się z prawdą, potrafi zepsuć opinię o środowisku czy grupie zawodowej. A ja bym chciała, by każdy pracował rzetelnie i uczciwie. Ot, taki luksus bycia naiwną.

Gabriela Kucharska

ena.jpg